Nasze historie #Daniel - część 1

"Moim ulubionym samochodem był... Nissan"

Tak zaczęła się moja motoryzacyjna historia, którą w dużej mierzę znam z opowieści bliskich, bo pierwsze fascynacje oparte były na euforycznym krzyczeniu “brum brum”. Zanim w tej opowieści dotrzemy do mojego pierwszego spotkania z Citroenem, musimy jeszcze przebrnąć przez epizody z Toyotą, Peugeotem czy Renault. No ale cóż – jako szanujący się historyk muszę cofnąć się do pradziejów własnego życiorysu. Aha! Zapomniałem wspomnieć, ze krzycząc “brum brum” zabierałem babci z szuflady pokrywkę do garnka i latałem między pokojami mieszkania na warszawskiej Pradze, a podczas wycieczek górskich, z kamieniem w rękach pokonywałem tatrzańskie szlaki, udając, ze trzymam kierownicę…. i wiecie co? Fantastyczne miałem dzieciństwo!

Zastanawiam się tylko, czy jest jakakolwiek osoba, która jest w stanie przeczytać wszystkie anegdoty, które będą naturalnymi dygresjami tej narracji. Niedawno byliśmy z przyjaciółmi w muzeum Henryka Sienkiewicza w Woli Okrzejskiej i Pani przewodnik przypomniała nam to czego uczyliśmy się w szkole – wielkie dzieła naszego noblisty (za całokształt, a nie za Quo Vadis!), powstawały w odcinkach do gazet. Trochę mnie uspokaja, że tę opowieść, którą z przyjemnością się podzielę, również możemy podzielić na odcinki. Dla mnie bardzo przyjemna jest podróż we własnych wspomnieniach i dlatego chciałbym w niej trwać jak najdłużej i równie przyjemna jest możliwość podzielenia się swoimi inspiracjami i doświadczeniami, bo moja historia też wynika z tego, że mogłem czerpać z doświadczeń i opowieści innych…

Wracajmy do źródeł! Urodziłem się w Warszawie na dzielnicy, którą identyfikują znaki na tablicy rejestracyjnej WD, ale w latach ’90 były to białe znaki WZK na czarnym tle. Oczywiście tego nie pamiętam, ale ze szpitala “familianci” odebrali mnie czerwonym dużym Fiatem dziadka, który niedługo później został ukradziony sprzed bloku w którym mieszkaliśmy. Rodzice w tym czasie śmigali “maluchami”, ale pierwszy samochód, który na prawde pamiętam to właśnie wspomniany wcześniej Nissan!
Nissan Sunny B12 w wersji coupe z przemalowanym nadwoziem w kolorze białym i niebieskim wyglądał jak samochód policyjny.
Psuł się zapewne bardzo często, bo wszystkie rodzinne wyjazdy kojarzą mi się z ekonomiczną Toyotą Corollą IV generacji. Był to samochód z silnikiem diesla, czyli absolutna fanaberia rodziców, którzy często słyszeli “jedzie Toyota, a w środku idiota”.

Na początku lat ’90 Toyota była podobno nierozsądnym wyborem i tym sposobem ja uczony byłem…albo mnie uczyli, bo tytułu naukowego wyższego niż magister nie zdobyłem… i ufff – mam wspaniałych ludzi wokół siebie, którzy odwiedli mnie od tego prostym pytaniem (ta historia zawsze robi na mnie wrażenie, ale może o tym kiedy indziej). Więc wracając – uczyli mnie zawsze iść pod prąd, a Toyota w latach 90 jest tego przykładem… i niewygodna czasami była ta droga pod prąd, ale dzisiaj doceniam jej efekt.
Jak o Toyocie mowa, to poza tym, że miała kolizję (co na zdjęciach), to mała anegdota, że jadąc tym samochodem do Bułgarii -co czynił często mój tata… no i o tym również zapewne kiedyś, bo niewątpliwie Bułgaria to kraj, w którym częściowo się wychowałem, wiec wiem, że czarny Mercedes ma pierwszeństwo względem srebrnego Audi…
A w ogóle to też mam w sobie trochę francuskiej krwi, bo port w Gdyni budowali Francuzi, a pra-pradziadek był inżynierem tyle, że polakiem, a francuską była jego przyszła żona, a do Chopina zwracam się per wujek (ale to inna historia)…
[Daniel do brzegu!]… to jadąc dieslem przez Rumunię, ropę kupowało się u kierowców Tirów…

A na zdjęciach ja z Toyotą w tle. Ta sama Toyota pod blokiem na Woli i ja w Fordzie (chyba w Taunusie)… i historia do której wrócimy :))

DMS