Nasze historie #Marta

"Nazywam się Marta, z zawodu jestem pielęgniarką, czyli profesja zupełnie nie związana z motoryzacją"

Jak zaczęła się moja przygoda z motoryzacją? Zanim przyszłam na świat moi rodzice bardzo dużo podróżowali. Po tym jak się urodziłam nie zmieniło się nic oprócz zwiększenia się ilości pasażerów o mnie i o moich dziadków. Zjechaliśmy całą Europę wzdłuż i wszerz. Mój dziadek skończył mechanikę i budowę maszyn na Politechnice Warszawskiej, a jego całe życie zawodowe związane było z maszynami budowlanymi. Był też rzeczoznawcą. Babcia skończyła technikum motoryzacyjne i to nie wiem jakim cudem, bo nigdy Ją te tematy nie fascynowały. Poznali się w PKS gdzie razem pracowali.

Byłam oczkiem w głowie mojego dziadka, który od małego uczył mnie nazw i marek samochodów. Na spacerach opowiadał mi o samochodach, które mijaliśmy. Dziadek nie był fanem francuskiej motoryzacji – kochał Fordy, chociaż w jego życiu pojawiały się sporadycznie także inne marki. Odkąd pamiętam jeździł Fordem Fiesta, ale tylko w kolorze wiśniowym, przez co nikt nie wiedział kiedy zmieniał samochód. Ostatnia Fiesta była jednak niebieska, bo dziadkowi bardzo podobał się Focus mojej mamy, która z kolei wszystkie Fordy miała granatowe i niebieskie (Sierra, Escord, Focus dwa razy). Tylko tata nie miał swojej ulubionej marki i zmieniał samochody jak rękawiczki.

Pamiętam, że od małego byłam sadzana na kolanach za kółkiem i „prowadziłam samochód”. Kiedy byłam starsza za każdym razem jechałam drogą żwirową na posesję i wyjeżdżałam z niej do asfaltu. To było zaledwie 300m ale frajda nie do opisania! Specjalnie też wstawałam rano do kościoła z dziadkiem, żeby pojechać jego najukochańszą Fiestą, której prowadzenie było ogromnym przywilejem. Odkąd pamiętam powtarzałam, że będę miała prawo jazdy i będę prowadzić samochód. Myślę, że takim wzorcem była dla mnie moja mama, która załatwiała ze mną wszystko poruszając się samochodem bez najmniejszych problemów.

Jako dziecko, dziewczynka, miałam oczywiście domek dla lalek, ale miałam również matę z drogami miasta i mnóstwo resoraków, wśród których była stojąca dziś w gablocie Citroen Xantia w kolorze granatowym.

Po zdaniu egzaminu na prawo jazdy samochodem Skoda Fabia wyjechałam do taty na Śląsk. Tam pozwolił mi jeździć swoim Audi A6. Byłam tym przerażona, bo tata traktował mnie jak doświadczonego kierowcę, a ja ledwo mieściłam się w pasie (a przynajmniej takie miałam wrażenie). Dodatkowo pierwszy raz miałam do czynienia z samochodem “w automacie”. Tata dużo mnie nauczył, bo zwracał mi uwagę na wiele drobiazgów. Były to bardzo cenne, ale trudne lekcje, bo tata nie należał do cierpliwych nauczycieli. Może dzięki temu do tej pory bardzo dobrze pamiętam jego uwagi i wskazówki. Tata przejeździł mnóstwo kilometrów w kraju i za granicą – taką miał pracę. Niedługo potem w wielkiej tajemnicy kupiłam swój pierwszy samochód jakim było Daewoo Tico. W tym czasie poznałam swojego przyszłego męża, który przyjeżdżał do Warszawy z Puław swoim ukochanym Citroenem ZX w kolorze zielonym. Przesiadka z małego Tico do może niezbyt dużego, ale za to szybkiego Citroena i do tego bez nadzoru rodzica było ekscytujące. Nie przeszkadzało mi to, że w samochodzie nie działało prawie nic – szyby trzymały się na wetkane papierki, a zamiast siłowników klapy bagażnika wkładana była deska. Pojechaliśmy nim na nasze pierwsze wspólne wakacje do Kołobrzegu, ja prowadziłam i miałam za zadanie utrzymać niski poziom spalania (ZX palił jak smok!). Do tej pory pamiętam kąt pochylenia stopy aby utrzymać na liczniku równe 90km. Po niedługim czasie za namową chłopaka, zmieniłam swoje zielone Tico na Toyotę Celica VII generacji, która była wersję amerykańska z malinowymi światłami i automatem. Niestety niedługo po jej zakupie miałam pierwszą stłuczkę z której wszyscy śmieją się do tej pory bo…. nie zauważyłam autobusu. Po ponad 12 godzinach pracy wjeżdżałam na rondo i nie spojrzałam w lusterko. Efekt był taki, że obtarłam bokiem o autobus ZTM. Bardzo to przeżyłam, ale nie zraziłam się, jeździłam dalej! Następnego dnia na tym samym rondzie, zjeżdżając przepuszczałam pieszego i wtedy poczułam uderzenie z tylu… Na szczęście nic się nie stało, miałam tylko drobną rysę.

Gorsza kolizja spotkała mojego przyszłego męża niedługo po moich przygodach. Skasował swojego ZXa na ulicy Ratuszowej w Warszawie. Była to dla niego ogromna strata, bo miał do tego samochodu ogromny sentyment. Bardzo ciężko było mi go pocieszać, ale na szczęście upatrzył jego następcę, którego niedługo kupił, a był to… zapewne nie zgadniecie jaki samochód – Citroen ZX tylko czarny i w dużo lepszym stanie technicznym i blacharskim. Nie rozumiałam dlaczego wybrał ten sam model, kiedy mógł spróbować czegoś nowego. Zrozumiałam to dopiero kiedy po latach, kiedy już byliśmy małżeństwem i wybrał mi moją miłość BMW e90, ale to już odrębna historia.

Wracając do sedna sprawy, wszystkie moje opisane samochodowe epizody doprowadziły mnie do dokonania wyboru: czy podzielę pasje swojego męża i zaakceptuje jego miłość do youngtimerów Citroena, czy zostawię go z tym samego i pójdę drogą żony siedzącej w domu w czasie zlotów i spotkań. Choć nie było to łatwe wybrałam pierwszą opcję. Opowiem Wam dlaczego nie żałuję i dlaczego był to najlepszy, a zarazem najtrudniejszy wybór w kolejnej części tej opowieści. Tam opowiem Wam o tym co było po tym, jak zostałam żoną Citroeniarza.